wtorek, 26 lipca 2016

Helene Wecker, Golem i dżin

Zderzenie mitów żydowskich i arabskich.
Chawa jest golemem, stworzonym dla Żyda poszukującego żony. Jej pan zabiera ją do Nowego Jorku, ale umiera na pokładzie statku. Dopiero co stworzona Chawa zostaje sama w wielkim mieście.
Ahmad – dżin z syryjskiej pustyni wyskakuje z miedzianego flakonu, w którym spędził setki lat. Oczywiście również w Nowym Jorku, w dzielnicy zamieszkałej przez Libańczyków, tak muzułmanów, jak i chrześcijan różnych odłamów.
Oboje nie mogą spać...

Dla polskiego czytelnika ciekawostką będzie niewątpliwie pochodzenie Chawy – jej twórca mieszkał pod Koninem. Niestety, autorka nie zadała sobie trudu rzucenia okiem na mapę zaborów i umieszcza Konin w niemieckim, zamiast w rosyjskim. O sytuacji Żydów na tych terenach też za bardzo nie poczytała. Żydowscy chłopi (władze pruskie palą wiejskie synagogi)? Akurat pochodzę z pogranicza dawnych zaborów, z miejscowości oddalonej od Konina o około 30 km i jakoś słyszałem o Żydach-mieszczanach, ale o Żydach-chłopach czy wiejskich synagogach nie słyszałem.

Kolejna rzecz, to masa Żydów-„chałaciarzy”, czyli pielęgnujących swoje obyczaje – strój, język. No i to w zaborze niemieckim nie do końca pasuje. Otóż w 1833 roku władze pruskie ogłosiły Tymczasowe zarządzenie odnośnie żydostwa w Wielkim Księstwie Poznańskim. Podzieliły w nim Żydów na naturalizowanych i tolerowanych. Ci pierwsi otrzymali prawa obywatelskie – łącznie z prawem do służby wojskowej. Ale nie za darmo. Tak z grubsza, aby status naturalizowanego uzyskać, trzeba było stać się Niemcem we wszystkim za wyjątkiem religii. Żydzi tolerowani w znacznej części wyemigrowali z pruskiej Wielkopolski. W 1850 roku w Prusach ostatecznie wprowadzono równość wszystkich obywateli wobec prawa. Postawa zaborcy sprawiła, że Żydzi bardzo szybko zmienili się w Niemców, tylko innego wyznania. Zatem masy chałaciarzy, to nie ten zabór.

Autorka też opisuje jakieś polskie powstanie. Tylko pytanie: które? Akcja powieści toczy się w 1899 roku. Jehuda Szaalman ma wówczas 93 lata, czyli urodził się w 1806. Gdy miał lat 36 w zaborze pruskim było, wg autorki, powstanie. Jakie powstanie było w 1842 roku (mieszkańcy Kongresówki zapewne tego nie wiedzą – w pruskiej Wielkopolsce były powstania w latach: 1846, 1848 i oczywiście 1918-1919)?

Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że po 1) na Zachodzie historia naszego państwa nie jest zbyt dobrze znana, po 2) dla Helene Wecker Polska to taki kraj jak z „Króla Ubu”: Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie – na pół mityczny kraj na krańcu świata, z którego pochodzą amerykańscy Żydzi.

Po przydługim i pewnie nudnym wstępie historycznym, do meritum.

Akcja powieści bardzo powoli posuwa się do przodu, a właściwie przez znaczną część książki stoi w miejscu. Oczekiwałbym w zamian jakiejś pogłębionej psychologii, ale nic z tego. Przez to postaci są mało wiarygodne. Chawa – dopiero co stworzona! – bez większych problemów wchodzi w buty człowieka, funkcjonuje jak każdy mieszkaniec Nowego Jorku. Ahmad – po setkach lat w dzbanie, rzucony prosto ze średniowiecza do wielkiego miasta przełomu XIX i XX wieku – też nie ma większych problemów z dostosowaniem się. 
A same opisy codziennego życia obojga w końcu zaczynają nużyć – książka byłaby znacznie lepsza, gdyby ją skrócić i to dość znacznie.

Odnosiłem wrażenie, że autorka nie bardzo wiedziała, co chce napisać: urban fantasy, romans, czy może powieść obyczajowo-psychologiczną o samotności w tłumie? Pewnie taki mikst mógłby być fajny, ale w tym przypadku nie do końca wyszło; chodzi o poziom cukru w cukrze: na fantasy za mało fantasy i akcji, na romans za mało romansu, a na powieść psychologiczno-obyczajową jest to zbyt płytkie (dla jasności: pisałem to tuż po zakończeniu Shriek: Posłowie VanderMeera, który świetnie sobie poradził z psychologią bohaterów, stąd może nieco zbyt surowo oceniam Helene Wecker).

Co na plus: zderzenie mitów żydowskich i arabskich, Nowy Jork sprzed ponad stu lat (choć taki trochę po łebkach) i postaci drugoplanowe – część z nich ciekawsza od głównych bohaterów.

Ogólnie czytało się całkiem nieźle, choć bez większych emocji. Biorąc pod uwagę, że jest to debiut autorki, z chęcią zapoznałbym się z jej dojrzalszymi dokonaniami. Pewnie jednak to nie nastąpi, bo skoro książki wylądowały na przecenie, to chyba sprzedaż nie dorównała marzeniom księgowego. Fabryka Słów sama jest sobie winna – zemściło się dojenie czytelników przez dzielenie książki na części. Nie było to zresztą w tym przypadku zbyt mądre, bo można wydać większą sumę na książkę autora znanego i lubianego, ale na debiutanta – przynajmniej ja – bym nie zaryzykował.

Jedno trzeba wydawcy oddać: świetne okładki. Oczywiście swoim obyczajem obleciałem „internety” w poszukiwaniu okładek innych wydań i chyba polskie są najlepsze. Niezłe też niemiecka i izraelska. Pozostałe bez żenady, ale też bez szału.

Kolejno wydania: niemieckie, izraelskie i rosyjskie
Dwie okładki wydań anglojęzycznych, turecka i w jakimś języku krzakiem pisanym :D

OCENA: 6/10

H. Wecker, Golem i dżin, cz. 1-2, tłum. M. Koczańska, wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2014, stron: 400 + 344.

6 komentarzy:

  1. Na FS zemścił się też fakt, że między oboma częściami były chyba cztery miesiące przerwy.Dość, żeby ostudzić najzagorzalszy entuzjazm.

    Ad rem, to ja nie byłam aż tak surowa. Owszem, Chawa szybko się dopasowała, ale zauważ, że miała doskonałego przewodnika (jej samodzielne początki nie były szczególnie udane). Z dżinem sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale on z kolei nie wyglądał mi na szczególnie dostosowanego... Ogólnie bardzo mi się ta nieśpieszna narracja podobała, choć zgadzam się, że niektóre drugoplanowe postacie były ciekawsze od głównych.

    Fajny wstęp historyczny.^^ Ja tam jestem ślepa na takie rzeczy (za to irytują mnie bzdury z zupełnie innych dziedzin, tak dla równowagi).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego nie kupuję książek FS za normalne stawki, czekam na przeceny. Inna rzecz, że niewiele tego co wydają mam w biblioteczce, bo to nie jest najczęściej literatura wysokich lotów :D

      Co do Chawy, to pisałem: po VanderMeerze musi się wydawać płytkie :)

      Usuń
    2. Ostatnią rzeczą która od nich mam jest "2312".;) Choć nie powiem, może kiedyś też Magów prochowych przeczytam. Ale mojego zaufania już raczej nigdy nie odzyskają.

      Usuń
    3. Zamiast Magów prochowych polecam - jeśli nie czytałaś - cykl Django Wexlera:
      http://seczytam.blogspot.com/2016/04/django-wexler-tysiac-imion.html
      też fantasy prochowa, ale podobno lepsza (opieram się na recenzjach, bo Magów prochowych nie czytałem). Lepiej dać zarobić uczciwemu wydawcy, niż dojarkom z Fabryki Słów :D

      Usuń
  2. Tyle tłumaczeń tej książki. To pewnie jakiś hit? Bo ja nie znam jej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę nietypowe fantasy, nie najgorzej wykonane, więc przyciągnęło uwagę.

      Usuń