wtorek, 8 grudnia 2015

Kate Griffin, Szaleństwo aniołów czyli zmartwychwstanie Matthewa Swifta

Po kilku latach przerwy Mag wrócił do wydawania tego cyklu. Zanim zabiorę się za najnowszy, czwarty tom, robię przypominajkę z poprzednich. Szaleństwo aniołów to „prawdziwe” urban fantasy – Londyn jest nie tylko scenerią, jest pełnoprawnym bohaterem. Trzeba przyznać, że Griffin „czuje” miasto.

W Londynie żyją osoby parające się magią. Czarodzieje, czarownicy, czarownice – ci czarują w tradycyjny sposób mamrocząc jakieś inwokacje. Ale główny bohater jest czarnoksiężnikiem. Jego moc pochodzi wprost od miasta. Magia śmieci, magia metra, magia przewodów elektrycznych... Zresztą nie tylko on czerpie z miasta. Swoistą moc mają też motocykliści, grafficiarze, żebracy, włóczędzy, czyli wszystkie te „pierdolone męty społeczne”. Do tego są jeszcze ludzie zamienieni w idee, jak Król Żebraków, Bezdomna itd.

Matthew Swift jest nie tylko czarnoksiężnikiem. Dlaczego mówi o sobie raz „ja”, raz „my”, a ja i my niekoniecznie muszą się ze sobą zgadzać? Nie będę tu zdradzał elementów fabuły. W każdym razie, autorka co chwila przechodzi od „ja” do „my”, czasem nawet w tym samym zdaniu, co daje świetny efekt, ukazując dwoistość Swifta (Okazało się, że to musical. Tego gatunku również zbytnio nie lubiłem, byliśmy jednak zdecydowani go spróbować).

Pozostali bohaterowie są skonstruowani raczej w prosty sposób – pod kątem roli jaką mają do odegrania. Chociaż bardzo spodobała mi się Oda, ale to może raczej już pod wpływem tego, co wiem po lekturze kolejnego tomu cyklu.

Fabularnie też nic powieści nie brakuje. Autorka umiejętnie buduje napięcie, stopniowo odkrywa tajemnice. Bardzo lubię poczucie humoru Kate Griffin. Pozwolę sobie zacytować (w kolejnym tomie cyklu są lepsze kawałki):

– Jak się nazywasz? – zapytałem.
– Potężny Raaaarrrgghh! – oznajmiło stworzenie.
– Wołałbym coś krótszego i mniej gardłowego.
Troll wzruszył ramionami.
– Jeremy – odparł z zażenowaniem w głosie.
– Jeremy?
– Zniosłem już tyle pierdolonych zniewag, pryszczata gębo, że niech ci się nie zdaje, że wkurzysz mnie imieniem Jeremy.
– Troll Jeremy – powtórzyłem raz jeszcze, by się upewnić, czy dobrze go zrozumiałem.
– Potężny Raaaarrrgghh! – dodał dla równowagi. – Kiedy się stąd wydostanę, wyssę ci gałki oczne!
– Dlaczego?
– Dlatego że jestem trollem, do chuja!
(...)
– Ujmijmy to tak – zacząłem cierpliwie. – Amiltech uwięziło cię w słoju, siedzisz tu nie wiem, jak długo, zapewne pragniesz się wydostać, ja jestem gotowy cię wypuścić, a ty w zamian chcesz zjeść moje oczy? 
– Hmm... tak.
– Rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć?

Jak doczytałem na angielskiej Wiki, Kate Griffin (czy raczej Catherine Webb, bo tak naprawdę nazywa się autorka) wydała Szaleństwo aniołów jako zaledwie 23-latka. Tak że cykl Matthew Swift to na pewno nie jest jej opus magnum. A gdybym miał kiedyś zrobić swój „kanon fantasy” – Szaleństwo aniołów na pewno znalazłoby w nim swoje miejsce.
Kate Griffin ma u mnie wielki kredyt zaufania – kolejne jej książki biorę w ciemno.

ocena: 9/10.

K. Griffin, Szaleństwo aniołów czyli zmartwychwstanie Matthewa Swifta, tłum. M. Jakuszewski, wydawnictwo MAG, Warszawa 2011, stron: 560.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz