sobota, 26 grudnia 2015

Stephenie Meyer, Zmierzch

Rozbawiłem Was? Tak, zacząłem kiedyś to czytać. Dość dawno temu, ale trauma jaką wówczas przeżyłem pozostała. Zabrałem się za to nie mając zielonego pojęcia czym jest paranormal romance. Chciałem zobaczyć co to za fantasy, którym zaczytują się kobiety.

Czemu teraz o tym piszę? Otóż zabrałem się za sporządzenie kanonu fantasy. Kryteria przynależności uwzględniłem dwa: wpływ na rozwój gatunku i wartości literackie. Zmierzch, jako najbardziej znany przedstawiciel popularnego podgatunku, naśladowany przez legion pisarek, bez wątpienia spełnia pierwszy warunek. Acz kiedy miałem go umieścić w kanonie, klawiatura zadrżała.

Do meritum – „dzieło” Stephenie Meyer to potworna grafomania, dno dna. Rozumiem, że nastolatki oraz infantylne niewiasty bardziej zaawansowane wiekowo czytują Harlequiny i marzą o księciu na białym koniu. Ale czy to musi być aż tak denne? Przecież w tej powieści wszystko kuleje – fabuła, bohaterowie, język, logika.

Czytałem i oczy mi z orbit wychodziły. Dobrnąłem do gdzieś 200-250 strony. Dlaczego aż tyle się męczyłem? Bo czekałem na rozwiązanie dwóch pasjonujących zagadek: jakiej pasty do zębów używa Edward, skoro zionie słodkim oddechem oraz po jakiego grzyba wampiry chodzą do gimnazjum (czy też liceum – nie pamiętam już). Nie doczekałem rozwiązania tych tajemnic; wymiękłem.

Wracając do problemu, po co kobiety taką chałę czytają – mam wrażenie, że chyba z tych samych przyczyn, dla których mężczyźni oglądają porno. Czyta taka i marzy o Edwardzie czy innym wilkołaku lub zombie (tak, tak, podobno jest książka paranormal romance z gnijącym truposzem w roli obiektu westchnień). A tu otwierają się drzwi i zamiast nuty zapachowej Słodki Oddech Edwarda, pojawia się Skarpety Ślubnego Henryka. Oczywiście Henryk nie ma szans w starciu z Edwardem odbywającym się w czaszce małżonki.

Większość kobiet poprzestanie na wniosku: lepszy wróbel w garści niż wampir na dachu. Za to mniejszość swego Edwarda spotka. Może to być pan Edek, palacz poznany w miejscu pracy. Pan Edek ma co prawda 160 cm wzrostu i wystający brzuch, za to nie ma włosów i zębów na przedzie, ale jak słodko przemawia.

A finał łatwy do przewidzenia (uwaga, będą wulgaryzmy, sztuk jeden). Henryk połapał się, że coś nie tak. Burza z piorunami. Julia się pakuje i z dziećmi wyprowadza do Edka.
– Och Edwardzie, jakaż ja nieszczęśliwa, przyjmiesz mnie, niebogę, pod swój gościnny dach?
– Z trzema bachorami? Chyba ochujałaś.

I teraz Julia jest właściwą odbiorczynią „literatury” stworzonej przez Stephenie Meyer. Lepiej nich czyta te bzdety, zamiast topić smutki w alkoholu.

Dobra, wystarczy tych śmichów chichów. Ocena. To nawet na zero nie zasługuje, powinna być opatrzona minusem. Ale twardo trzymam się ram, które sam sobie wyznaczyłem.

Jeszcze na marginesie, podobno Stephenie Meyer napisała książkę dającą się przeczytać (Intruz). Nie wierzę, że ktoś kto spłodził taką chałę jest w stanie napisać cokolwiek, co bym uznał za warte ocenienia choćby na pięć.

Ocena: 1/10

S. Meyer, Zmierzch, tłum. J. Urban, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2007, stron 416.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz