piątek, 1 września 2017

Dariusz Rosiak, Biało-czerwony, Tajemnica Sat-Okha

Przez te wszystkie lata znałem dwie osoby: Stanisława Supłatowicza i Sat-Okha. O Supłatowiczu nigdy nie dam złego słowa powiedzieć. Wspaniały, życzliwy, gościnny, ostatnią koszulę ci oddał, jeśli potrzebowałeś. (...) Ale oprócz Stanisława Supłatowicza był jeszcze Sat-Okh – kawał gnoja i sukinsyna, geniusz manipulacji. Dwie osoby w jednym ciele. (Biało-czerwony, str. 148).

Najpierw krótko o bohaterze książki – Stanisławie Supłatowiczu vel Sat-Okhu (głównie za Wikipedią):
Sat-Okh, wg własnych relacji, urodził się w osadzie Indian w dorzeczu rzeki Mackenzie w Kanadzie. Był synem polskiej uciekinierki z Syberii Stanisławy Supłatowicz oraz wojennego wodza plemienia Szaunisów (Szawanezów) Leoo-Karko-Ono-Ma (Wysokiego Orła). Miał starsze rodzeństwo – brata i siostrę.
W 1937 lub 1938 roku przybył wraz z matką do Polski. Podczas przybycia do Polski jedynym dokumentem, jaki miał, była karta zaokrętowania. Spowodowało to konieczność stworzenia Sat-Okhowi metryki, w której jego matka zmieniła część danych, ukrywając indiańskie pochodzenie. W tworzonej dokumentacji jako miejsce urodzenia wpisano Aleksiejewkę w Rosji, rok urodzenia zmieniono na 1925, a jako ojca wpisano Leona Supłatowicza, pierwszego męża matki. Po nim otrzymał także nazwisko, zaś na imię wybrano męską formę imienia matki – Stanisław.
Zamieszkał w Radomiu. Po klęsce polskiej armii w czasie wojny obronnej Sat-Okh podjął naukę na tajnych kompletach oraz zaangażował się w działalność w SZP i ZWZ. W 1940 roku został aresztowany przez gestapo i skierowany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, jednak podczas transportu do obozu wyskoczył z wagonu bydlęcego i uciekł. W czasie ucieczki został ranny, ukrywał się na wsi. Następnie został żołnierzem Armii Krajowej (ps. „Kozak”), walczył w III batalionie 72 pułku piechoty AK w rejonie Częstochowy, w Okręgu AK „Jodła”. Wielokrotnie ranny, za męstwo w walce odznaczony Krzyżem Walecznych.
Dawno, dawno temu, jeszcze w podstawówce przeczytałem dwie książki Sat-Okha: Ziemię Słonych Skał i Białego mustanga. Wiele lat później wpadły mi w ręce kolejne: Serce Chippewaya i Walczący Lenapa. Byłem nieco zaskoczony, bo te późniejsze dzieła były znacznie słabsze, wręcz sprawiały wrażenie napisanych przez inną osobę. Ale jakoś nie rozmyślałem nad tym długo, ot doszedłem do wniosku, że widocznie z wiekiem wzrosły moje wymagania i stąd takie odczucia.

Po latach dowiedziałem się, że pojawiają się głosy kwestionujące biografię Sat-Okha, w tym i tę najważniejszą część, czyli jego indiańskie pochodzenie. Jeszcze później przeczytałem pracę magisterską Katarzyny Krępulec, Stanisław Supłatowicz. Niezwykła biografia Sat Okha, czyli jak się zostaje legendą (dostępna cyfrowo, wystarczy wrzucić tytuł w google). Autorka – nie badając zresztą wnikliwie wszystkich elementów – przyznaje jednak rację Supłatowiczowi, „rozprawia” się z kwestionującymi jego indiańskość.

Kiedy zobaczyłem w zapowiedziach wydawnictwa Czarne książkę Dariusza Rosiaka, zamówiłem od razu. Miałem nadzieję, że doświadczony dziennikarz zbada to, co zaniechała Katarzyna Krępulec (w części jej zaniechania są zrozumiałe – trudno wyprawiać się do Rosji czy Kanady, by zbierać materiały do pracy magisterskiej). Czy Dariusz Rosiak spełnił moje oczekiwania? 

W znacznej mierze, ale nie w pełni. Przede wszystkim liczyłem na coś nieco innego, coś co zapowiadał tytuł: próbę rozwikłania tajemnic Sat-Okha. A książka, niestety, sprawia wrażenie, jakby jej autor nie do końca wiedział co chce napisać: reportaż śledczy o tajemnicach Supłatowicza, czy może książkę o jego wpływie na innych ludzi. To drugie akurat niespecjalnie mnie interesuje, więc... No i oczekiwałem jakiejś, choćby minimalnej, znajomości warsztatu historyka (bo to jednak temat historyczny). Dariusz Rosiak jest niezłym dziennikarzem, ale historykiem nie.

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałem część 3 – o pisarzach tworzących pod szyldem Sat-Okha, rosyjskiej „siostrze” i jego książkach, które ukazały się tylko w języku rosyjskim (Sat-Okh nie zgadzał się na ich przetłumaczenie na polski). I tu dowiedziałem się, że moje wrażenia co do różnicy poziomów między Ziemią Słonych Skał i Białym mustangiem a Sercem Chippewaya i Walczącym Lenapą są całkowicie uzasadnione – te pierwsze napisał (pomagał napisać?) Jerzy Broszkiewicz, a te drugie albo sam Sat-Okh, albo we współpracy z kolejnym, nieznanym pisarzem widmo (jak ich określa Dariusz Rosiak).

W pozostałych częściach jest za dużo „zamulacza”. Przykładowo, na str. 23-39, 81-85 i 100-101 – dostajemy długi stenogram z jakiegoś nagrania, z kolei na stronach 113-116 niepublikowane wcześniej opowiadanie Sat-Okha. Opinia jest jak d..., każdy ma swoją, a moja jest taka, że tego typu materiały powinny znaleźć się na końcu, jako aneksy, a w głównym tekście co najwyżej jakieś wyrywki mające znaczenie dla poszczególnych problemów. Tak samo raczej mnie znudziły, niż zaciekawiły opisy życia Indian z plemienia Mohawk, czy to w latach sześćdziesiątych, czy obecnie. Zaprawdę, nie wiem jaki związek z Sat-Okhem ma brak lęku wysokości u członków tegoż plemienia czy polityczne poglądy Stuarta...

Sat-Okh (z prawej) i jego rzekomy szwagier
Don Eagle z plemienia Mohawków.
Informacje o pochodzeniu żony Dona Eagle
(była białą dziewczyną z Florydy)
autor czerpie z drugiej ręki,
choć pewnie żyją jeszcze jej dzieci, może rodzeństwo
Dariusz Rosiak należy do tych, którzy uważają Sat-Okha za mitomana. I przedstawił argumenty, z którymi trudno polemizować. Ale zabrakło mi wytłumaczenia kilku wątpliwości, które akurat można bardzo prosto wyjaśnić.

Przykład? Proszę bardzo – język. Sat-Okh używał w swoich książkach całkiem sporo słów, które niby pochodzą z języka Szawanezów. Jaki to problem w XXI wieku zweryfikować czy rzeczywiście to język szawanezki? Jeśli nie, to mamy Sat-Okha „zakopanego”. A jeśli tak, to albo trzeba uznać, że mówił/pisał prawdę, albo znaleźć objaśnienie, jakim cudem chłopak z polskiej prowincji przed 1958 rokiem (wtedy ukazała się Ziemia Słonych Skał) mógł się nauczyć języka niezbyt licznego ludu (obecnie żyje kilkanaście tysięcy Szawanezów, a językiem ojczystym porozumiewa się zaledwie dwustu z nich)*.

Co do języka znalazłem coś na rosyjskim blogu – autor twierdzi, że słownictwo indiańskie Sat-Okha jest algonkińskie (do tej rodziny językowej należą Szawanezi), ale nie szawanezkie. Ale to tylko ot tak sobie rzucona jednozdaniowa wypowiedź, a kompetencje jej autora są mi nieznane.

Takich wątpliwości, których nawet nie próbował wyjaśnić Dariusz Rosiak, jest więcej.

Do tego odnoszę wrażenie, że książka była pisana w pośpiechu, bo pewne fragmenty są mało precyzyjne i nieco chaotyczne.  Przykładowo, na stronach 79-80 autor opisuje swoje kontakty z córką Sat-Okha. Podaje, że obiecała mu przysłać mailem skany czy zdjęcia pewnych dokumentów, w tym legitymacji poświadczającej przynależność Sat-Okha do plemienia Szawanezów. I dalej czytamy, że po kilku dniach mail przychodzi, Wraz ze zdjęciem jej matki, pierwszej żony Sat-Okha... No a legitymacja była czy nie? O jakieś legitymacji autor pisze na stronie 189, ale czy to o tę właśnie legitymację chodzi? Bo jeśli Sat-Okh był mitomanem, to mógł mieć ich i dziesięć.

Podsumowując – jestem i zadowolony (bo dowiedziałem się sporo o Sat-Okhu a jego tajemnice w znacznej mierze zrobiły się mniej tajemnicze) i nieco rozczarowany (wolałbym konkretne opracowanie naukowe czy popularnonaukowe, od reportażu).

PRZYPIS
* Bo raczej algonkińskich języków nie znał Jerzy Broszkiewicz, współtworzący Ziemię Słonych Skał – w samodzielnej twórczości Broszkiewicza jakoś nie widać zainteresowania tematyką indiańską

OCENA: 7/10.

D. Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, stron: 272.

Druga moja notka:
Jeszcze o książce Rosiaka i Sat-Okhu

Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

33 komentarze:

  1. Dość kontrowersyjny i nie za często obiektywny bloger i pisarz G. Maciejewski ( Corryllus) ma też swoje zdanie o tym "półindianinie"

    papug.pl/polski-indianin-czyli-balon-pelen-fikcji/
    Osobiście pamiętam tego gościa z programów dla dzieci i młodzieży ,w latach 70-tych był z pewnością jakimś tam "oryginałem" , w każdym razie samo to ,że umożliwiono mu występy w TV wskazuje ,że został wykorzystany dla krzewienia uniwersalnych wartości w stylu popularnej też wtedy "niewidzialnej ręki"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż... Tak szczerze, to Corryllus wypisuje głównie swoje fantazje, a głównym źródłem jego wywodów jest ssanie paluchów. Przykładowo, kwestionuje działalność Sat-Okha w AK, a ta jest dobrze poświadczona. Dalej pisze:

      >>Nie ma możliwości, by kobieta, nawet w towarzystwie kilku mężczyzn przepłynęła czółnem cieśninę Beringa.<<

      Tymczasem Supłatowicz twierdził, że to nie była Europejka + kilka Europejczyków, tylko jeszcze tam byli jeszcze Czukcze, czyli miejscowi, radzący sobie z takimi podróżami.

      Tak że o ile zgadzam się z Rosiakiem, że Sat-Okh indiańską przeszłość sobie wymyślił, o tyle wywody Corryllusa są niewarte lektury.

      Usuń
  2. Jeśli zgadzamy się z tym ,że "indiańska przeszłość" jest fikcją , to siłą rzeczy nie było też żadnej przeprawy do Kanady , felieton Corryllusa miał tu być jedynie jednym z głosów w tej sprawie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale tu chodzi o rzetelność - jak się z czymś polemizuje, to się nie "przykrawa" informacji i argumentów tak, żeby ułatwić sobie polemikę. To oczywiście nic nie zmienia w sprawia Sat-Okha, ale to taka moja opinia o pisarczykowstwie Corryllusa. Parę lat temu przeczytałem na Salon24 jakiś jego artykulik, na inny co prawda temat, ale z takim samym manipulowaniem. Wytknąłem mu ileś tego typu zabiegów, na co oczywiście dyskusji nie podjął, mój post usunął i zablokował mi możliwość komentowania. A z tego co wiem, nie tylko ze mną tak załatwił sprawę. Cóż, jak to mawiał Wałęsa: "Stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki" :D

      Usuń
  3. A ja nie przyjmuję do wiadomości, że indiańska przeszłość to fikcja. Mam do Sat-Okha ogromny sentyment i nie chcę rujnować sobie tego pięknego obrazka :P Ale książkę chcę przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zastanawia przede wszystkim jak udawało się tę fikcję utrzymać tyle lat. Przecież w latach 50, 60, 70 musiało być wiele osób znających Sat-Okha z dzieciństwa.

      Usuń
    2. Nie było wtedy internetów. Przy czym osoby znające go z dzieciństwa mogły nie wiedzieć, że udaje Indianina.
      I nie on pierwszy. Przed nim był przecież Archibald Belaney, znany jako Szara Sowa, rzekomy syn Indianki, autor książek. Był popularny w latach trzydziestych XX wieku, również w Polsce. Udawało mu się utrzymywać fikcję przez trzydzieści lat.

      Usuń
    3. Tak, ale Sat-Okh był bardzo popularną postacią - pisały gazety, pokazywała telewizornia, a jego książka była lekturą (Ziemia Słonych Skał). Mam wydanie Ziemi z początku lat 70. z tyłu jest jego zdjęcie i polskie nazwisko. To było kłamstwo publiczne (bo "prywatne" wcześniej) od 1958 toku (I wydanie Ziemi) i do 1997 roku (pierwszy artykuł Ryszkowskiego) nie wzbudzało wątpliwości. Prawie 40 lat!

      Lata 58-97 to nie była era furmanki i gazet lokalnych, to era silnej prasy, radia i telewizji.

      To przez 40 lat nie znalazł się nikt, kto by powiedział: "Hola, ja znam go z dzieciństwa, taki z niego Indianin jak z koziej dupy trąbka?" :D Przecież on nie pochodził z jakiejś dziury kresowej, przejętej przez ZSRR - pochodził ze sporego miasta Radomia (w 39 roku ponad 85 tysięcy mieszkańców - po wojennych stratach, w 46 roku było to 70 tysięcy).

      Usuń
    4. Szara Sowa to też był celebryta (no, telewizji nie było, to fakt), pochodził z Hastings, wyniósł się do Kanady jako człowiek dorosły, czas jakiś mieszkał w Toronto, mnóstwo ludzi wiedziało, jaki z niego "Indianin". Był tak pewny siebie, że w czasie tournée po Wielkiej Brytanii już jako Szara Sowa w stroju indiańskim pojawił się w rodzinnym Hastings, promując swoje książki!

      Usuń
    5. Szara Sowa z innego kraju pochodził (Anglia), a w innym budował swoją legendę (Kanada). Przy czym w Kanadzie pojawił się jako już 18-latek. Natomiast kiedy tylko pojawił się w Anglii, został zdemaskowany jako oszust.

      No i jednak czas jego "indiańskiej" działalności (1906-1938) jest nieco inny niż Sat-Okha (1958-2003). To w mediach przepaść.

      Usuń
    6. Niewątpliwie przepaść w rozwoju mediów. Pytanie tylko, gdzie się Sat Okh urodził, gdzie spędził pierwsze lata życia, no i pytanie, czy ludzie, którzy go znali mieli chęć i możliwość go zdemaskować. Ciekawa jest sprawa jego edukacji - mętlik okrutny.
      Może ta "indiańskość" Sat Okha zaczęła się od zrodzonego za wczesnego Gomułki niezbyt mądrego pomysłu na emigrację?

      Usuń
    7. Jego koledzy z AK wspominali, że był "Indianinem" już w czasie wojny (autor książki do nich nie dotarł, ale są wypowiedzi w filmie "Wojownik z urodzenia"). I to jest dla mnie jeden ze zgrzytów - bo z ich wspomnień wynika, że był świetnym myśliwym, tropicielem, świetnie jeździł konno i ogólnie był "człowiekiem lasu". No skąd takie umiejętności u chłopaka z Radomia (wg różnych źródeł urodził się między 1920 a 1925 - w AK na pewno był w 41, czyli miał 16-21 lat)?

      Hmmm, kiedy wrócił do Polski... Sam podawał bardzo różnie - od 1928 do 1938. Tego nie da się logicznie wyjaśnić nawet biorąc pod uwagę inną miarę przykładaną do czasu przez Indian.

      A może poprosić jego dzieci o próbki do badań DNA? :D

      Usuń
    8. Nie rujnujcie mi dzieciństwa :P

      Usuń
    9. Może nie był z Radomia? Kombatanckie opowieści też warto weryfikować.
      A nóż widelec kiedyś jakiś historyk obeznany też z etnografią zabierze się za biografię Sat Okha. Jednak przypuszczam, że wątpię.

      Usuń
    10. Kasia, ale dzieci na pewno są z Bullerbyn, a Ania z Avonlea :D

      Usuń
    11. Sattivasa
      Sat-Okh na pewno przed wojną mieszkał w Radomiu.

      Usuń
    12. Jak długo mieszkał w Radomiu? Jeśli zjawił się tam w roku 1928, ukończył rzeczywiście 7 klas szkoły powszechnej i 2 lata gimnazjum, to rzeczywiście sporo ludzi musiało go znać. Jeśli pojawił się późno, w roku 1935 czy 1938, to już niekoniecznie musieli pamiętać jego nazwisko w roku 1958 czy jeszcze później, kiedy pojawił się w telewizyjnych programach dla dzieci i młodzieży.
      Obecnie raczej nie da się dotrzeć do jego rówieśników, kolegów z podwórka czy szkoły (choć to teoretycznie możliwe), pozostaje tylko badanie zasobów archiwalnych.

      Usuń
    13. A któż to wie, kiedy on się zjawił w Radomiu... Rosiak dotarł do kuzynki Sat-Okha, ale coś słabo ją "przydusił" :D

      Usuń
    14. Wygladał jak Biały i opowiadał niesamowite bzdury.Byłem w USA i wiem jak wyglądają Indianie oraz Metysi.Oni mają ciemnobrązową skórę taką jak np.Mulat,kruczoczarne włosy i czarne jak węgle oczy.Czy nie widzieliście nigdy Peruwiańczyków grających na ulicy?Tak wyglada Indianin.Ponadto jak to już wielu słusznie zauważyło Szaunisów nigdy nie było w Kanadzie tylko w USA i to od pewnego momentu nawet na południu j.w Oklahomie.Ponadto nie mieli nic wspólnego z plemieniem Tlingit o czym nie wie pani Krępulec.

      Usuń
    15. Jego rówieśnicy bardzo dobrze pamiętają jak dorastał razem z nimi w Radomiu i chodził do tej samej szkoły.Ponadto zachowały się dokumenty świadczące o tym gdzie się urodził,dorastał i kształcił .

      Usuń
  4. A to jeden z własnoręcznych życiorysów Stanisława Supłatowicza (z 1949 r.):

    Ja bosmat zaw. Stanisław Supłatowicz syn Leona. Urodziłem się 15-IV-1925 w Aleksiejewsku, pow. Irkucki. Zawód cywilny uczeń gimnazjum humanistycznego. Zawód ojca majster garbarski zesłany wraz z matką na Sybir za udział w »5 bojówkach«. Ojciec mój zaginął na Syberii a ja wraz z matką wruciłem do Polski w 1935 roku. Matka moja kierowała się nostalgią za Ojczyzną i chęcią pomocy dla niej. Po powrocie do kraju matka moja zapisała się do P.P.S. gdzie i teraz po wojnie należała. Do szkoły powszechnej chodziłem w Radomiu, gdzie mi utrudniali naukę i przezywali »Bolszewikiem«.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na rok 1949 - życiorys całkiem, całkiem. Jest Sybir, tradycja walk o wyzwolenie narodowe i społeczne, elementy prześladowania za rządów sanacyjnych. Ciekawe, co się kryje za tym zaginięciem ojca na Syberii.
      Uważam, że i tak nie jest to najciekawszy jego życiorys. Najlepszy jest ten z roku 1959, gdzie jednym tchem jako miejsce narodzin wskazuje Czukotkę, a jako ojca Indianina Shawnee.


      Usuń
    2. Dla mnie najciekawsza była sprawa jego rosyjskiej "siostry", bo o tym wcześniej pojęcia nie miałem.

      Jak się ogląda "Wojownika z urodzenia" to trochę widać, jak Sat-Okh na bieżąco budował swoją biografię. Jednym z zarzutów przeciwko niemu było to, że Szaunisów nie było w Kanadzie. Autor filmu - Klaudiusz Jankowski - dotarł do informacji, że (przedstawię to słowami Katarzyny Krępulec - str. 84):

      >> był odłam Shawnee, który uwięzili Sioux'owie, a u nich nazywał się Shawala. Później znaleźli się u Hunkpapów w grupie Siedzącego Byka, która wyemigrowala do Kanady <<.

      I Sat-Okh natychmiast się przypisał do owych Shawala (wypowiedź z filmu "Wojownik z urodzenia").

      Inna rzecz, że tej informacji Rosiak nie weryfikował.

      Usuń
    3. Shawala są jednym z klanów Siuksów Brule.Nie mają nic wspólnego z Szaunisami.Siuksowie i Szaunisi nigdy się ze sobą nie zetknęli.Żyli w dwóch różnych końcach obecnego USA.

      Usuń

  5. W ksiażce Rosiaka "Bialo -Czerwony" nie ma ani słowa o tym,ze Mohawkowie sa genetycznie tak uwarunkowani ,ze maj NISKO UMIEJSCOWIONY SRODEK CIEZKOSCI co ma wpływ na zachowanie rownowagi podobnie jak niscy ,krepi pilkarze np.Mardona co pozwala im sie latwiej utrzymac na nogach bedac atakowanym przez przeciwnika. Rozumiem ze to wrodzona dociekliwość i ciekawosc palaca zmusily autora do napisania tego reportazu,ciekawego skadinad.Brakowaalo mi jednk zdjec rzekomych lub prawdziwych Indianskich krewnych Satha, jego prac rysunków,ze zlotow PTPI, tak,zeby zarazic "indaińśkim bakcylem" kolejnych...Jak spiewa Gurek z Indios Bravos:" Jestes tym co potrafisz,jestes tym kim byc chcesz".Sath chciał być Indianinem i nim BYŁ.Cześć Jego pamięci.Hugh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, nie da się ukryć - był, kim chciał być. Tylko - patrząc na jego rodzinę - nie był tym, kim być powinien.

      Usuń
  6. A ja właśnie skończyłam książkę Rosiaka i jestem pod wrażeniem. Dobra robota dziennikarska, połknęłam ją jednym tchem.
    Od siebie mogę dodać, że kilkanaście lat temu pisałam do "Czwartego Wymiaru" duży materiał o Leszku Michaliku, "Indianinie" ze Sztumu. Byłam u niego, rozmawialiśmy, oczywiście, pytałam o Sat Okh, a wtedy Michalik jakoś tak dziwnie zamilkł. Tak jakoś oskarżająco zamilkł. Później dowiedziałam się, że Michalik był jednym z ghostwriter'ów Sat Okha i że w ogóle byla tam jakaś wielka afera związana z wydaniem ich wspólnej (?) książki. Tyle wiem z innych źródeł.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrzę na tę książkę i jako historyk, i jako dziennikarz. I jedno, i drugie oko widzą niedoróbki :D

      Usuń
  7. Weźcie przestańcie z tym Coryllusem. To jest gorszy oszust niż Sat-Okh, bo ten ostatni to przynajmniej mnóstwie dzieciaków życie ubarwił, a Coryllus oszukuje zmyśleniami dorosłych ludzi i do reszty psuje tak zwane "życie umysłowe" w tym kraju. Lepsi ode mnie dawno to już wypunktowali. Na przykład tu:

    http://kompromitacje.blogspot.com/2012/10/maciejewski01.html

    Jest tego aż dziesięć odcinków, ale za to na rzadko spotykanym w internetach poziomie szczegółowości. Jak dla mnie to Coryllus po tym jest skończony.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla mnie ta książka to jedno wielkie rozczarowanie. Nie wiem, co Rosiak chciał osiągnąć i mam wrażenie, że on sam też nie wiedział. I wyszło z tego takie... coś. Całość jest chaotyczna, bez polotu i tak naprawdę niczego jednoznacznie nie wyjaśnia. Ot, czasem rzucony jakiś ciekawy motyw (jak z tą rosyjską siostrą), ale w większości przypadków brakuje podsumowania. I tak jak słusznie napisałeś, również nie rozumiem potrzeby opisywania rzeczy nijak niezwiązanych bezpośrednio z Sat-Okhem. Zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś celu i merytorycznego podejścia do sprawy.

    Jeśli miałabym wskazać coś, co zwróciło moją uwagę, to są to relacje Sat-Okha z dziećmi i te dwie osobowości Supłatowicza. Okazał się człowiekiem tak sprzecznym wewnętrznie i zewnętrznie, że dalej trudno powiedzieć o nim cokolwiek jednoznacznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >>Całość jest chaotyczna, bez polotu<<

      Mogę się pod tym podpisać.

      >>i tak naprawdę niczego jednoznacznie nie wyjaśnia<<

      A pod tym nie :D Chaotyczność i - jak to określiłem - zamulacze sprawiają, że nieco sedno umyka. Ale dyskutowaliśmy o tym niedawno na historycy.org (niestety, w dziale niedostępnym dla niezarejestrowanych użytkowników) i na potrzeby tej dyskusji musiałem sedno wyłuskać. Może zrobię jeszcze jedną notkę o tej książce i się tym sednem podzielę :D

      Usuń
    2. Niby też widzę jakieś sedno, ale według mnie w książce jest masa niedopowiedzeń i jakichś śmieciowych informacji, które Rosiak rzucił czytelnikowi jak jakiś ochłap i nijak ich nie podsumował. Dla mnie puenta jest taka, że jeśli Supłatowicz czuł duchową jedność z naturą i poczuwał się do bycia Indianinem, to tak właśnie było. Nawet jeśli jego ojciec nie był Indianinem.

      Ale chętnie przeczytam o sednie w Twoim wykonaniu ;-)

      Usuń