Łączna liczba wyświetleń

sobota, 18 stycznia 2020

O rzekomym słowiańskim piśmie 2: kamienie mikorzyńskie



W 1856 roku niejaki Piotr Droszewski, bratanek Andrzeja Droszewskiego, dziedzica Mikorzyna (południowa Wielkopolska, obecnie powiat kępiński, w XIX wieku powiat ostrzeszowski) napisał list do Gazety Wielkiego Xięstwa Poznańskiego. List opublikowany został 9 lipca tegoż roku. Rzeczony Piotr Droszewski donosił, że jesienią 1855 roku chłop Jan Żurek znalazł w Mikorzynie tajemniczy kamień (data budzi pewne zastrzeżenia, bo Felix Wężyk z Mroczenia, u którego przechowywano znalezisko, podawał inną – wiosna 1856). Kamień miał być nagrobkiem, a pod nim była urna. Tak ją opisywał Piotr Droszewski:
z piaszczystej gliny grubo ulepiona; w niej znajdowały się szczątki popiołów spalonego ciała i grupki stopionych kruszców srebra i miedzi. Urnę nieostrożnie wyjętą wiatr w kawałki rozsypał, tak że trudno dojść było pierwiastkowego jej kształtu.
Na kamieniu jest runiczny napis i postać trzymająca w ręku coś trójkątnego. Znalezisko wzbudziło zrozumiałe zainteresowanie, toteż w sierpniu 1858 roku Piotr Droszewski donosił o kolejnym odkryciu:
W roku następnym 1856 w końcu sierpnia, sam znalazłem drugi kamień z napisami runicznemi i konikiem, między zwożonemi na fundamenta.
I znowu Felix Wężyk podawał inną datę – wiosna 1857. Od razu warto podać kim był Piotr Droszewski. Tak (już nieżyjącego) opisywał jego przyjaciel Antoni Szymborski:
Miał słabość i to wielką należenia do ludzi znaczenia; z całem poświęceniem chorował na archeologa – a wadą jego było uczyć się, pisać wiersze, ody, itp. a z każdym swoim utworem pieścił się jak matka z pierworodnem dziecięciem, jednakże jego prace nie były podane cenzurze, bo zawsze czegoś brakowało, a lękał się rozstać się z nimi; nadeszła śmierć i pozostały w rękopiśmie.

Prowe z Mikorzyna

Początkowo mikorzyńskie kamienie uznano za autentyki siląc się na odczytanie runicznych napisów. Dla pierwszego – z postacią – zaproponowano takie możliwości:

Przyborowski Prowe sbir k’bel lub Lelewel Sbir k’bel Prowe – co miało znaczyć: Zebranie ku wielkiemu Prowe.
Cybulski: Smir kmet ProwePojednanie kmieci Prowe.
Rogawski: Smir Prowe cestPokój Prowemu cześć.
Petruszewicz: Prowe smir kmetUmarł kmieć Prowe.
Szulc: Smir Prowe Kmet – Zmarł Prowe Kmieć.
Piekosiński: sair erdwd tdzt – bez tłumaczenia.

Czyli większość widziała wyraz „Prowe” – to imię jednego ze słowiańskich bogów, znanego z XII-wiecznej kroniki Helmolda. I tu już mamy dużego zonka! Otóż w kronice Helmolda Prowe wspomniany jest trzykrotnie. Wynika z tych wzmianek, że był lokalnym bóstwem czczonym w ziemi stargardzkiej, na terenach obodrzyckich Wagrów – plemienia z północno-zachodniego krańca Słowiańszczyzny, czyli żyjącego dość daleko od ziem polskich. Ale to nie wszystko, otóż Helmold – wymieniając bóstwa obodrzyckie – podaje:
inne bóstwa zamieszkują lasy i gaje, jak na przykład bożek starogardzki Prowe. Takich nie przedstawia się na wizerunkach.
Helmold bez wątpienia wiedział o czym pisze, bo brał udział w zniszczeniu takiego gaju.

A jednak znamy wizerunek Prowego. Skąd? Ano z prillwitzkich idoli – fałszerstwa z drugiej połowy XVIII wieku, o którym pisałem w poprzedniej notce. Mało tego, wizerunki prillwitzki i mikorzyński są bardzo do siebie podobne. A może raczej nie tyle mikorzyński do prillwitzkiego, co... Oddajmy głos Aleksandrowi Przezdzieckiemu (obrońcy autentyczności kamieni mikorzyńskich!):
A więc Prowe Mikorzyński zgadza się z Prowem Prylwickim co do ogólnego typu postaci o łysem czole, z jednem ramieniem zgiętem i ręką opartą na boku; z drugiem ramieniem podniesionem w górę i z palcami od lewej ręki przeprowadzonemi przez otwór trójkątnego narzędzia. Nie można jednak przed sobą zataić, że z obnażonych ramion i piersi i krótkiej fałdzistej spodnicy, podobniejszy jest Prowe Mikorzyński do wizerunków LELEWELA i POTOCKIEGO, niż do pierwowzoru Prylwickiego. Tylko sznurek paciorków około szyi, nadaje Mikorzyńskiemu bożkowi odrębną właściwość.
Tak, Prowe z Mikorzyna wygląda na wzorowanego na ilustracji przedstawiającej Prowego z Prillwitz zamieszczonej w książce Joachima Lelewela (1853). Data jej wydania dziwnie koresponduje z datą odkrycia pierwszego z kamieni mikorzyńskich...

Prowe z Prillwitz i Prowe z Mikorzyna

Mikorzyński koń

Runiczny napis z drugiego kamienia odczytywano i tłumaczono tak:

Lelewel: Sbir. boh. dan. bl na woi – Zebranie wojenne. Boże daj siłę na wojnę.
Wocel (czeski historyk): swir bog odin woin lutnoi.
Przyborowski, Cybulski: smir woin s. l. na woi bohdan – ten drugi tłumaczy: Przymierze wojowników Słowian Lachów na wojnę pod wodzą Bohdana.
Rogawski: smir bohdan woin s. ludiwoi – Pokój! Bohdanowi, Woinowi z Ludwojem.
Petruszewicz: smir bohdan woi u pawoi – umarł Bogdan wojak prawy.
Szulc: Smir Bogodan woin z Lutvoi – Zmarł Bogdan wojak z Lutwoi.
Piekosiński: sair dogothlu woiu s lutwoi – bez tłumaczenia.

Natomiast co do samego wyobrażenia, to tak owego konika opisuje Antoni Małecki:
Jest to rodzoniuteńki braciszek, jak najwierniejsza kopia owego konika, którego w zbiorach krakowskich może każdy oglądać na posągu Swantewita, wydobytego przed kilkunastu laty ze rzeki Zbrucza.
Małecki ma tu na myśli słynny kamienny posąg, znany jako Światowid ze Zbrucza. Posąg wydobyty został z rzeki w 1848 roku, a od 1851 roku prezentowany był w Krakowie. Jego wizerunek opublikował w 1855 roku Lelewel. Te daty znowu dziwnie korespondują z odkryciem kamieni mikorzyńskich... Tak na marginesie, autentyczność Światowida ze Zbrucza budzi wątpliwości (wg części badaczy to falsyfikat XIX-wieczny), a jeszcze większe wątpliwości budzi przypisywanie go Słowianom (najwięcej przemawia za jego połowieckim pochodzeniem).

Koń z Mikorzyna i koń ze Zbrucza

Od uznania do odrzucenia

Jak już wspomniałem, początkowo kamienie mikorzyńskie uznane zostały za autentyki. Nawet przez Joachima Lelewela (tak, tego samego, który zdemaskował kronikę Prokosza). Żeby było śmieszniej, Lelewel atakował ewentualnych przyszłych krytyków kamieni mikorzyńskich dokładnie tak samo, jak dziś jego atakują turbolechici. Zacytujmy Lelewela:
Jeżeli się tym mikorzyńskim kamieniem dowcip niemiecki zajmie, może być Przyborowski pewny, że ten dowcip będzie usiłował dowieść i gruntownie dowiedzie, że ktoś dobrą wiarę Droszewskiego zwiódł.
Ot, panie, niemiecki spiseg :D W każdym razie Lelewel uznał, że kamienie mają związek z miejscami, w których odbywały się ważne wydarzenia – kamień z Prowe miał stać tam, gdzie odbywały się sądy, a kamień z konikiem w miejscu zbiórki wojów.

Kamienie mikorzyńskie na krakowskiej Wystawie Starożytności i Zabytków Sztuki z lat 1858-1859

W 1858 roku Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk poprosiło o zbadanie kamieni Antoniego Białeckiego, młodego prawnika i miłośnika starożytności. Białecki właściwie nic nie ustalił, no może z jednym wyjątkiem. Otóż podczas swojej wyprawy do południowej Wielkopolski „pokopał” trochę w Czekanowie (koło Ostrowa Wielkopolskiego). I znalazł kamień podobny do mikorzyńskiego (tego z Prowe).
i ta tylko wielka różnica, że na Czekanowskim nie ma śladu napisu lub rysunku (...) leżał w ziemi dość głęboko, przykrywał szczątki zmarłych, a więc służył za integralną część grobu. Przy tych samych z resztą okolicznościach znaleziony był i Prowe Mikorzyński. Wypada zatem przypuścić, że kamienie tego kształtu były używane do budowy grobów, że miały tutaj swe znaczenie, a nie gdzieindziej tj. przy pogrzebie, a nie przy ludowem zebraniu.
W związku z tą obserwacją, Białecki nie wykluczał, że runiczny napis da się odczytać inaczej, niż to zrobił Lelewel, czyli w powiązaniu z grobowym charakterem kamienia (co zresztą, jak widać wyżej, uczynił Petruszewicz, wymyślając jakiegoś kmiecia o boskim imieniu). Białecki podsumował swoją wizytę w Mikorzynie oświadczeniem, że widok kamieni „nie wzbudził we mnie najmniejszego podejrzenia o fałszowaniu tych zabytków”. Nie udało mu się jednak porozmawiać ani z Droszewskimi (wyjechali), ani z chłopem Janem Żurkiem (bo już nie żył).

Jedenaście lat później wątpliwości co do autentyczności kamieni przedstawił słynny Karol Estreicher. Oto jego zastrzeżenia (pomijam te, które się nie utrzymały, żeby nie nadmuchać notki do monstrualnych rozmiarów) – za artykułem Piotra Boronia (bo tak łatwiej):

– Litery są podobne do liter, które opublikował na podstawie bałwanków z Prillwitz Lelewel. Litera „e” pojawiła się w piśmie runicznym za pośrednictwem chrześcijaństwa, zaś litera „D” zaokrąglona i wygięta łukowo nie ma cech pisma runicznego i wygląda na nowoczesny falsyfikat.
– Konik wygląda jak kopia ze Światowida zbruczańskiego. Różni go dobrze odrysowana tylna noga, podczas gdy na Światowidzie cztery nogi leżą na jednej płaszczyźnie. Rytownik znał zatem zasady rysunku.
– Rysunek boga Prowe wygląda jak kopia rysunku z dzieła Lelewela, przerysowującego wizerunek z książki Jana Potockiego. Rysunek Lelewela nie był jednak wierną kopią, a jedynie luźnym, niedokładnym przerysem – co zostało skopiowane na kamieniu z Mikorzyna.

W tej sytuacji Towarzystwo Naukowe w Krakowie powołało komisję do zbadania sprawy, w składzie: Aleksander Przezdziecki, Karol Estreicher, Teofil Żebrawski i Józef Łepkowski. W styczniu 1870 roku Przezdziecki przedstawił sprawozdanie – głównie swoje. Broni w nim autentyczności kamieni, choć większości argumentów Estreichera nie udało mu się przekonująco obalić. W sprawozdaniu mamy także „zdanie odrębne” samego Estreichera. Ten badacz jeszcze raz wystąpił z krytyką kamieni mikorzyńskich w 1872 roku. Pozwolę sobie przytoczyć cytaty  jego prac):
Wątpliwość moja co do autentyczności kamieni Mikorzyńskich polega na tem, że wydrążenia w granicie mają barwę świeżą, białą. Jeżeli to przypisać można skrobaniu i obmywaniu już po znalezieniu kamienia, to nie wiem czyli czem wytłumaczyć się da, że rysy rysunku i pisma po mniemanej egzystencyi  tysiąca lat niczem nadwerężone nie są. (1870).
Pomimo, że wszyscy nasi uczeni nie powątpiewają w ich istotność, mam najsumienniejsze przekonanie, iż te rzeczy podrobił bądź Droszewski, znalazca kamieni, bądź kto inny zażartował sobie z Droszewskiego. (...)
Lelewel fantazyjnie przerysował Prowego z dzieła Potockiego. Potocki zaś całkiem niedbale przerysował Prowego ze zbioru Sponholtza, który to bałwanek urzędownie przez świadków za sfałszowany przyznany został (...) Źródłem jest zatem fantastycznie narysowany Prowe Lelewela, urojona postać. (...)
Na drugim kamieniu płaskim jest wyryty konik, który całkiem podobny jest do konika na pomniku Swiatowida. W owym czasie znalezienie Swiatowida w Zbruczu, wywołało nie małe zajęcie. Pisano i mówiono o niem wiele. (...)
Jak rysunek, tak i pismo są bezwarunkowo podejrzane. Zarysy pisma są niby runiczne, a jednak niepodobne do żadnych autentycznych runów. Kilka runów z szwedzka, kilka z duńska, reszta z fantazyi przystrojonych. Jest tam litera e (anglosaska), której przedchrześcijańskość w krainie runów nie znała. Jest dziwoląg połamany w ksztalcie niby runicznego R, jest dalej ośm innych liter bez runicznego znaczenia, które czytanemi być mogą tylko sfałszowanym alfabetem Sponholtza (na bożkach prylickich). (...)
Treść odczytywanych napisów mikorzyńskich, nie ma żadnego sensu, żadnym z języków słowiańskich nie da się wytłumaczyć (...) (1872).

Estreichera w pełni poparł wybitny polski językoznawca Jan Baudouin de Courtenay, który pozwolił sobie na dość ostrą ocenę pozostałych członków komisji Przezdzieckiego: nie stało [im] ani potrzebnego przygotowania naukowego, ani też spokojnego, krytycznego, obiektywnego umysłu. De Courtenay zajął się stroną lingwistyczną napisów z kamieni mikorzyńskich. I taką wystawił ocenę:
Po szczegółowym zbadaniu przedmiotu sformułowałem wniosek, że rozmaitych kompleksów liter, których rozmaici panowie dopatrywali się w gryzmołach zdobiących tak zwane mikorzyńskie kamienie, nie można uznać za wyobrażenia znaczących słów któregokolwiek z narzeczy słowiańskich i że w ogólności, według mnie, zarówno rzekome runy, jak i wyobrażenie konia i tak zwanego boga Prowe należy uznać za falsyfikat sporządzony dla zrobienia durniów z czcigodnych, ale łatwowiernych uczonych.
Pomijając zastrzeżenia co do samego imienia Prowe, które uznaję za bezzasadne, de Courtenay zaorał odczyty. Dam tu przykład tylko dwóch słów (znowu, żeby nie dmuchać do giganotki):
Ani sbir (to jest zb’ir), ani smir (sm’ir) nie mają najmniejszego sensu. Zamiast sbir w znaczeniu „zebranie” mogło być od tego samego rdzenia tylko sъbor-, co dałoby w polskim mniej więcej sebor albo też zbor (zbór). (...)
Smir nigdy nie oznaczało pojęcia „mir”, „pokój” – to jest znaczenie słowa mir.
Są zresztą w języku rosyjskim słowa смирный, смиренный, смиренность itp., ale wszystkie zarówno rzeczowniki, jak przymiotniki okazują się tylko formacjami odczasownikowymi, mającymi w sobie znaczenie następstwa czynności wyrażonego właśnie tym czasownikiem, od którego pochodzą, to jest czasownikiem смирить z dawnego sъmiriti. W staropolskim spotykamy słowo śḿerny itp. z śḿirny (w pełni odpowiadające rosyjskiemu смирный) i jeszcze obecnie słowo uśḿeřać z uśḿiřać itd. Smir nie może być żadną formą od czasownika śḿirać (tj. umierać), jak sądzi Pietruszewski.
W tym samym, 1872 roku, Estreichera poparli Adam Kirkor i znany juz z poprzedniej notki Antonii Małecki. Argumentacja pierwszego wynikała z pewnego nieporozumienia, więc darujemy ją sobie tutaj. Małecki właściwie niewiele dodał do tego, co już Estreicher ustalił – przypomniał jednak, że Helmold podkreślał, iż Słowianie nie robią wizerunków Prowego. Ważniejsze było jednak to, o czym pisałem w poprzedniej notce: Małecki pozamiatał idole z Prillwitz. A skoro kamienie mikorzyńskie były na nich wzorowane, to i je należy uznać za oczywiste fałszywki.

Ostatni obrońcy

To jednak wcale nie zakończyło debaty. Z obroną kamieni wystąpił Kazimierz Szulc, który na polecenie Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk ponownie badał je na miejscu. Skrupulatnie pozbierał opinie o kamieniach i relacje świadków (poza najważniejszymi – Droszewskimi i Żurkiem – bo cała trójka już nie żyła). Ale choć Szulc bronił kamieni mikorzyńskich, to jednak dostrzegał ich związki z idolami z Prillwitz. Tym samym zmuszony był bronić tych ostatnich, acz kropki nad „i” nie postawił – ograniczył się do postulowania, by idole zbadać na miejscu.

Jego opinię wręcz wyśmiał Roman Zawiliński, który nawiązując do badań Jana Baudouin de Courtenay, tak pisał o mikorzyńskich runach:
Znaki na nich albo nie są podobne do żadnych znanych run europejskich, albo dają kompleksy dźwięków stanowiących z trudnością jakiś wyraz np. hksir (Anglo-Saksońskie] lub nöiu (alfabet bardów).
Oczywiście z obroną – podobnie jak w przypadku idoli z Prillwitz – wystąpił także Franciszek Piekosiński, znany wikingofil. I oczywiście również w runach mikorzyńskich dostrzegł dzieło Skandynawów. Wyżej już przytaczałem jego odczyt napisów, którego na język polski nie przełożył. A nie przełożył, bo nawet sam nie wiedział czy zdania te mają jakikolwiek „rozumowo i naukowo usprawiedliwiony sens”.

Potem jeszcze (1906 r.) z obroną kamieni mikorzyńskich wystąpił... Jan Leciejewski – tak, ten sam, który dobił idole z Prillwitz. Leciejewski zgodził się z Janem de Courtenay, że dotychczasowe odczyty mikorzyńskich run są „nieudolne, nienaukowe i niekrytyczne”. Zdaniem Leciejewskiego, runy są dziełem przybysza ze Skandynawii, który wyrył je na polecenie miejscowych i w języku słowiańskim. A że języka tego nie znał, to wyszedł mu tekst trudno zrozumiały.

A jak pogodził uznanie idoli z Prillwitz za fałszerstwo i jednocześnie kamieni z Mikorzyna za autentyk? No nie bardzo sobie poradził, bo sam sobie przeczy. Najpierw twierdzi, że „dziwne” znaki z Mikorzyna, nie mające analogii w runach, zostały wymyślone na miejscu, dla oddania słowiańskich głosek i nie mają nic wspólnego z idolami. Po czym pisze:
Stosunek między runami mikorzyńskiemi a prylwickiemi jest taki, że gdyby się nie wiedziało, że kamienie mikorzyńskie są później wynalezione, powiedziałoby się, że właśnie runy mikorzyńskie były wzorem dla prylwickich, przyczem mikorzyńskie były pisane ze świadomością, a drugie ślepo naśladowane bez znajomości znaczenia znaków i techniki runicznej.
Czyli jednak przyznaje, że runy z Prillwitz i Mikorzyna, nie mające analogii gdziekolwiek indziej, są podobne! Ale jakoś nie tłumaczy, dlaczego możliwy byłby „transfer” Mikorzyn – Prillwitz, a Prillwitz – Mikorzyn już nie.

W każdym razie Leciejewski tak odczytał napisy:
Smir żiretwan ledżyt – czyli Smir żertwą (ofiarą) leży.
Smirńogo oćec Lutewoi woiu s – Zmarłemu, ojciec Lutewoj, wojowi s(ynowi).

Jednak to był już początek XX wieku, czasy takiej radosnej twórczości się skończyły. Recenzent jego książki, znany polski historyk Aleksander Brückner pisał, że ze wszystkich domniemanych zabytków ze słowiańskimi runami, na polu walki z naukową krytyką padły... wszystkie za wyjątkiem kamieni mikorzyńskich (bo, jako nie runolog, nie zajął co do nich stanowiska). I tak ocenia propozycję Leciejewskiego:
zaznaczę tylko, że oburazowe smir, najwyraźniejsze z całego napisu, brzmi nie po polsku, dalej, że niema na kamieniu ledżyt, lecz legit (wedle własnych słów autora), a próba jego, z g zrobić dż, krytyki nie wytrzymuje; forma żiretwan również niemożliwa, byłaby po polsku tylko żartwą lub żertwą (...); Lutewoj z e, śmirniogo z nio i ze znaczeniem swojem (o nieboszczyku) również niepolskie.
Zarzuty do odczytów miał też Henryk Ułaszyn, który – mówiąc kolokwialnie – rozjechał wymysły Leciejewskiego i to wysuwając bardzo poważne oskarżenia o: ignorancję, naukową nierzetelność, manipulacje, robienie czytelnika w balona... Ułaszyn, jak sam podał, nie zajmował się tym czy runy są prawdziwe, czy nie, czy są słowiańskie, czy nie. Zajął się tylko pomysłami Leciejewskiego, które na końcu podsumował tak:
wywody autora pozbawione są absolutnie wszelkiej metody i krytycyzmu; są fantazjami na dany temat, fantazjami nie tylko nie harmonizującemi lecz wręcz pozostającemi na stopie wojennej z wynikami badań runologicznych, a przede wszystkim językowych.
Ostro, co? A to było już po obróbce redakcyjnej, przed którą sam Ułaszyn w liście do redaktora Rozwadowskiego pisał: Za poskromienie moich „żywiołowych” wybuchów, „afektów”, będę nawet bardzo wdzięczen. (A. Czelakowska, M. Skarżyński, Listy Jana Niecisława Baudouina de Courtenay, Jana Łosia, Kazimierza Nitscha, Jana Michała Rozwadowskiego, Henryka Ułaszyna, Kraków 2011, s. 403).

W 1925 roku identycznie wysiłki obu ostatnich obrońców kamieni mikorzyńskich ocenił Jan Łoś:
dowodzenia Leciejewskiego ani też Piekosińskiego nie rozwiały zarzutów i nie rozwiązały tak kwestyj, aby autentyczność napisów runicznych, a zwłaszcza ich charakter polski uznać za stwierdzony. Owszem, w lekcyach Leciejewskiego znajdujemy formy albo wręcz niemożliwe ze względów fonetycznych, albo trudne do wytłumaczenia.
Wystąpienia Szulca, Piekosińskiego i Leciejewskiego były już poza głównym nurtem historiografii, tym bardziej że w 1903 roku Zygmunt Gloger odkrył czym były kamienie z Mikorzyna – żadnymi płytami nagrobnymi, żadnymi „pomnikami” z miejsc, w których odbywały się uroczystości. Były „prozaicznymi” żarnami. Jak pisał Gloger:
właściciel Mikorzyna celem wyprowadzenia w pole archeologów, powykuwał rzekome runy słowiańskie, co tyle napsuły czasu i nałamały głowy niektórym starożytnikom. Niestety, odgadywano fikcyjne runy zamiast poszukiwać kamieni takich bez runów jako najpozytywniejszych dowodów przedhistorycznego rolnictwa krajowego.
Od początków XX wieku żaden poważny badacz nie broni autentyczności napisów z kamieni mikorzyńskich – bronią ich jedynie turbooszołomy pokroju Kosińskiego czy Kossakowskiego oraz Feliks Gruszka ((amator-regionalista z Kępna). Ten ostatni jest dość uparty w propagowaniu swoich fantasmagorii, bo pierwsze jego wystąpienie, to list do redakcji pisma Południowa Wielkopolska wysłany w 1965 roku; ostatnie to książka z roku 2013.

W internetach można znaleźć rękopis Gruszki o słowiańskich runach

BIBLIOGRAFIA

Przyborowski J., Prowe Wielkopolski, Gazeta Warszawska, nr 182, 3 VII 1856.
[Białecki A. – artykuł opublikowany anonimowo], Mikorzyńskie runiczne kamienie, cz. 1, Dziennik CZAS, nr 242, 22 X 1858; cz. 2, Dziennik CZAS, nr 243, 23 X 1858.
Cybulski W., Obecny stan nauki o runach słowiańskich, Poznań 1860.
O kamieniach mikorzyńskich. Sprawozdanie ś.p. Aleksandra hr. Przezdzieckiego odczytane dnia 13 Stycznia 1870 r. na posiedzeniu komisyi runograficznej delegowanej przez Oddział Archeologii i sztuk pięknych Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, (odbitka z XLIII tomu Rocznika Tow. Nauk. Krakows.), Kraków 1872.
Estreicher K., Runy sławiańskie, [w:] Józefa Ungra Kalendarz Ilustrowany na rok zwyczajny 1873, Warszawa 1872.
de Courtenay J.B., Teksty mniej znane, wybór, przekład i opracowanie M. Skarżyński, [w:] Materiały do dziejów polskiego językoznawstwa, t. 2 [= Biblioteka LingVariów, t. 21], Kraków 2016 (tekst z 1872 r.).
[Kirkor A. – artykuł opublikowany anonimowo], w: Na Dziś. Pismo zbiorowe, t. 3, 1872.
Małecki A., Co rozumieć o runach słowiańskich i autentyczności napisów na mikorzyńskich kamieniach, Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego, t. 7, 1872.
Szulc K., Autentyczność kamieni mikorzyńskich zbadana na miejscu, Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego, t. 9, 1876.
Zawiliński R., Kwestyja run słowiańskich ze stanowiska lingwistycznego, Kraków 1883.
Zawiliński R., O tak zwanych runach słowiańskich, Archiwum do Dziejów Literatury i Oświaty w Polsce, t. 5, 1886.
Piekosiński F., Kamienie mikorzyńskie, Kraków 1896.
Gloger Z., Encyklopedia staropolska, t. 4, Warszawa 1903.
Leciejewski J, Runy i runiczne pomniki słowiańskie, Lwów 1906.
Brückner A., recenzja: Leciejewski Jan. Dr. Runy i runiczne pomniki słowiańskie, Kwartalnik Historyczny, t. 20, 1906.
Ułaszyn H., Runy słowiańskie, Materiały i Prace Komisji Językowej Akademii Umiejętności, t. 4, 1909.
Łoś J., Przegląd językowych zabytków staropolskich do r. 1543, Kraków 1915.

Boroń P., Ku pradawnej Słowian wielkości. Fałszywe zabytki runicznego pisma słowiańskiego, [w:] Fałszerstwa i manipulacje w przeszłości i wobec przeszłości, red . J Oko, Warszawa 2012.
Mętrak M., Patrioci, hochsztaplerzy, neopoganie: długie życie słowiańskich fałszerstw archeologicznych [w:] Mistyfikacja w kulturach, literaturach i językach krajów słowiańskich, red. K. Ćwiek-Rogalska i I. Doliński, Warszawa, 2013.
Waśko A., Slavic runes in the research of Polish scholars in the 19th century, Studia Historyczne, t. 56/3, 2013.
Michalski M., Dawni Słowianie w tradycji polskiej I połowy XIX wieku, Poznań 2013.
Szczerba A., Z dziejów polskiej archeologii. Fałszywe zabytki runicznego pisma słowiańskiego, Analecta. Studia i Materiały z Dziejów Nauki, t. 23/1, 2014.
Kowalski K.M., Jan Leciejewski (docent prywatny Uniwersytetu Lwowskiego) jako badacz run i runicznych pomników słowiańskich. Studium z historii runologii polskiej, [w:] Історія та історики у Львівському університеті: традиції та сучасність (до 75-ліття створення історичного факультету), red. Л. Зашкільняк та П. Сєржен, Львів 2015.
Liwoch R., Kamienie mikorzyńskie. Pobożne fałszerstwo, Głos. Tygodnik Nowohucki, nr 19 (1309), 6 V 2016 (artykuł na stronie Muzeum Archeologicznego w Krakowie).

O słowiańskim piśmie (idole z Prillwitz):

O rzekomym słowiańskim piśmie 1: idole z Prillwitz.
Dlaczego turbolechita Kosiński nie jest żabą? (2)

Moje notki o turbolechitach (vel osłoszczękowcach):




Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

20 komentarzy:

  1. Co do świętowida ze Zbrucza, była dość duża opinia badaczy z Ukrainy, że to fałszywka z czasów romantyzmu. Jak się przyjrzeć bliżej, to jest tam ciekawostka, nad koniem jest szabla, tak szabla. To nie miecz. Więc wątpliwe, żeby to było dzieło z X/XI w. czy starsze. No i oczywiście unikalność tego, jedyny taki posąg kamienny. Wiemy tylko o drewnianych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stepowcy używali szabli. W Powieści Minionych Lat jest nawet "anegdota" o tym, jak Chazarowie przestraszyli się ruskich mieczy, bo miały ostrza z obu stron - inaczej niż ich szable. Ukraińscy badacze Oleksiej Komar i Natalia Hamajko twierdzą wręcz, że szabla Światowida to ten sam typ szabli, który znamy z grobów węgierskich z X wieku. Acz właśnie to ci autorzy wysunęli poważne argumenty, które wskazują, że Światowid jest XIX-wiecznym falsyfikatem:
      O. Komar, N. Chamajko, "Idol ze Zbrucza: zabytek z epoki romantyzmu?", tłum. M. Parczewski, Materiały i Sprawozdania Rzeszowskiego Ośrodka Archeologicznego, t. 34. Suplement, 2013.

      Moim zdaniem, bardzo uprawdopodobnił połowieckie pochodzenie Światowida ze Zbrucza:
      M. Łuczyński, "Światowid ze Zbrucza – kontrowersyjny symbol pogańskiej Słowiańszczyzny", Slavia Antiqua, t. 56, 2015.

      Usuń
  2. Mi to bardziej przypomina jednak karabelę, przejrzałem dostępne grafiki z szablami Połowców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pracy Komara i Hamajko, na str. 28 masz zdjęcie szabli z X-XI w., która jest niemal identyczna z tą na posągu. Jak to określają autorzy, to:

      >szabla z wyraźnym odchyleniem rękojeści od osi ostrza (ryc. 7: 1, 2). Jelec jest cienki, ale to nie polska karabela – na jelcu nie ma środkowego występu, jego końce są z jakiegoś niewiadomego powodu wygięte, rękojeść kolankowata z kulistą głowicą, zawieszki pochwy w kształcie litery C, a nie pierścieniowate. Już w 1. poł. XX w. badacze stanowczo odnieśli broń sieczną z posągu zbruckiego do kręgu szabel węgierskich lub nomadzkich z IX–XI w.

      Interesująca nas część uzbrojenia została zidentyfikowana przez Aleksieja A. Zacharowa i Wsiewołoda W. Arendta jako szabla typu turkskiego z IX–X w., dzięki czemu znalazła miejsce w podziale typologicznym broni siecznej z kręgu kultury sałtowskiej oraz Alanów kaukaskich, chociaż przynależności etnicznej wykonawców samego posągu ze Zbrucza A. A. Zacharow nie określił do końca, odnosząc ich do jednego z ludów turkskich przybyłych ze wschodu, jak Pieczyngowie i Madziarzy. B. A. Rybakow próbował z początku oponować przeciwko tej hipotezie, uznając wyraźną krzywiznę głowni za pomyłkę rzeźbiarza, ale późnej sam uznał „szablę – pałasz” za dobry datownik z IX w.

      Należy wspomnieć, że proporcje C-kształtnych okuć pochwy na figurze ze Zbrucza odpowiadają nie tym z IX w. (kiedy były bardziej wydłużone), a okazom z X – 1. poł. XI w. (były wtedy krótsze i bardziej zaokrąglone). Co więcej, na rękojeści znajduje się charakterystyczne kolankowate załamanie, pojawiające się na węgierskich szablach nie wcześniej niż w X w.<.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Mam pytanie do Pana Pawła (albo do bywalców bloga, bo może ktoś jeszcze kojarzy):
    Czy zna Pan dzieło „Kultura ludowa Słowian” Kazimierza Moszyńskiego? Czy jest jeszcze wartościowe w dzisiejszych czasach jako źródło wiedzy o słowiańskich wierzeniach i kulturze? Podkreślam „jeszcze” bo to jednak rzecz z lat 30.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No przecież, że to wartościowe - wszak oparte m.in. na badaniach terenowych Moszyńskiego, a świat, który badał już de facto nie istnieje. Więc nawet jeśli metodologia poszła do przodu, to wartość źródłowa jest nieoceniona. Ale jeszcze zależy czego szukasz, bo jeśli informacji o wierzeniach Słowian sprzed chrystianizacji, to lepiej wziąć jakąś książkę konkretnie temu poświęconą. Ale jeśli chodzi o "zabobony" ludowe, to Moszyński będzie OK.

      Usuń
    2. Dziękuje za odpowiedź :]

      Usuń
  4. O, doczekałem się :D. Teraz tylko poczekać, aż Kosa napisze swoją "polemikę", aż jestem ciekaw, co tam się może znaleźć :P.
    Tak z ciekawości, znasz może jakąś literaturę na temat fałszowania napisów runicznych, ale z kolei skandynawskich? Bo ja znam jeden taki przypadek z Ohio, a w sumie ciekaw jestem, czy takie rzeczy zdarzały się częściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, to nie kojarzę żadnego opracowania poświęconego temu problemowi, zresztą nigdy mnie to jakoś szczególnie nie interesowało. Na pewno czytałem coś o fałszywych runach skandynawskich z Ameryki Pn., ale to też nie jakieś drobiazgowe analizy, np. M. Adamus "Tajemnice sag i run" czy R.I. Page "Pismo runiczne".

      Usuń
    2. No właśnie też nic szczególnie obszernego nie widziałem. Ale dzięki, rzucę okiem na te książki.

      Usuń
  5. Wcześniej prawie nic nie wiedziałam o kamieniach mikorzyńskich, więc dzięki za wpis, miło uzupełnić wiedzę :) Kiedyś czytałam trochę o fałszerstwach z Ameryki Południowej, figurki z Acambaro, kamenie z Ica, te sprawy. Trzeba przyznać, że te pseudosłowiańskie znaleziska są jakieś mniej wymyślne. Tam wymyślali dinozaury, zaginione cywilizacje, do tego kości olbrzymów w USA, a u nas tylko słodki konik ; )
    Ciekawe, co z tym Światowidem ze Zbrucza. Byłoby miło, gdyby był prawdziwy. I marzy mi się marzy jakieś piękne - i prawdziwe - znalezisko z czasów słowiańskich ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Światowid ze Zbrucza zapewne jest prawdziwy, tyle że nie słowiański lecz połowiecki :)

      Usuń
    2. Bo w Ameryce mają latynoską fantazję :P

      Usuń
    3. Mówisz, że słowiańska fantazja nie umywa się do latynoskiej... no szkoda ;)

      Połowiecki też może być, ważne, że prawdziwy. Byłoby jednak trochę smutno, gdyby tak znany zabytek okazał się nieprawdziwy :/

      Usuń
    4. Nie byłby to pierwszy i zapewne (niestety) nie ostatni nieprawdziwy zabytek. Przy czym ta rzeźba nawet w najgorszym (fałszerstwo) przypadku już jest czcigodnym zabytkiem.

      Usuń
  6. Bardzo interesujący wpis, nie miałam pojęcia, że takie kamienie istnieją. Ach, jakiż mamy pęd do tworzenia mitologii słowiańskiej, choćby na podstawie fałszywek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bredniopisarz Kosiński uznający owe fałszywki za autentyki, wyprodukował już na ich podstawie 4 książki. Oczywiście jeszcze "informacje" z fałszywek ubarwił swoimi dziecinnymi "przemyśleniami".

      Usuń
  7. Odkrycia językowe turbosów:

    http://wspanialarzeczpospolita.pl/2014/10/21/polski-to-podstawa/

    przykład :)

    "Słownictwo podstawowe również jest tożsame z polskim: Wioska → el: oikos (dom), Wieś → ger: Vic / Vik (osada portowa, porównaj Wiking). Dom → fr:Animal Domestique (Zwierzę Domowe), Kniga → ger: Koenig/King (król), Żona → el:Gine (Kobieta porównaj Ginekologia), Serce (Serdce / Serdeczny) → el:Kardio (serce np. kardiologia), Sto → Centuria / Century (wiek), Gołąb → la:Columbus (Gołąb)."

    A potem tradycyjne: "Raczej ciężko uznać to wszystko za przypadek.

    Pytanie brzmi: Dlaczego w szkole, gazetach, telewizji czy kościele o tym wieczna cisza?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czegóż innego można się spodziewać po osobach nienachalnie wyedukowanych?

      Usuń