wtorek, 5 stycznia 2016

Martha Wells, Śmierci nekromanty


Przypomnę co niedawno pisałem w swojej opinii o Zadrze Piskorskiego: Wcześniej przeczytałem kilka pozycji steampunkowych i uznałem, że to dość głupawy gatunek
Właśnie Zadra nieco zmieniła moje nastawienie. Więc gdy zamawiałem paczuszkę w Dedalusie, dorzuciłem do niej właśnie tę pozycję, uchodzącą również za steampunk fantasy.

Zanim przejdę do swoich wrażeń, pozwolę sobie zacytować Beatryczę Nowicką, której recenzje zazwyczaj uznaję za trafne: „Śmierć nekromanty” Marthy Wells jest jednym z nielicznych przykładów powieści fantasy, łączącej wyraziście nakreślony świat, klimat oraz wartką akcję.

Tę opinię podzielam tylko w jednej trzeciej. Co do klimatu i świata, nieprzypadkowo napisałem, że powieść „uchodzi” za steampunk fantasy. Mamy w Śmierci nekromanty typowe dla tego podgatunku elementy: lampy gazowe, pociągi, świat stworzony na wzór monarchii Habsburgów w XIX wieku itp. Tylko co z tego? To wyłącznie dekoracje.
Niby jest to też urban fantasy, bo akcja toczy się w wielkim mieście, ale znowu: co z tego? To tylko dekoracja.

Natomiast w warstwie fabularnej dostajemy standardowe do bólu fantasy, które równie dobrze mogłoby zostać osadzone w quasi średniowiecznej rzeczywistości.

Za to rzeczywiście jest wartka akcja, a może nawet zbyt wartka, może autorka za bardzo skupiła się na galopadzie wydarzeń, kosztem świata i bohaterów? Bo ci ostatni też za grosz oryginalności nie mają. Ot grupa sympatycznych przestępców; roi się od takich w literaturze fantasy. Mamy przywódcę „gangu” – szlachetnego i walczącego po stronie dobra (a to ci nowina). Mamy kobietę, o której kilka tygodni po lekturze jestem w stanie powiedzieć tyle, że była piękna (niesamowite). Oczywiście oboje mają tajemniczą przeszłość, nie tylko własną, ale i sięgającą dalej w genealogii.
Wspiera ich były żołnierz, usunięty z elitarnej jednostki, oczywiście za niewinność... Kolejny bohater, jakże oryginalny, to sklerotyczny czarodziej. I jest jeszcze dwóch takich, którzy wyróżniają się dokładnie niczym, nawet imiona mają podobne (Crack i Cusard).

Ta banda sympatycznych „obwiesiów” walczących ze złem, często gęsto w kanałach pod miastem, bardzo mi przypominała niektóre tomy cyklu Feista. Z tym że Feist pisze lepiej.

Czyli chała? Nie. Być może nie powinienem tego czytać zaraz po Zadrze, bo Piskorski wysoko postawił poprzeczkę (ale nie można zapominać, że to Wells była pierwsza, jej książka powstała w 1997 roku). Ogólnie daje się Śmierć nekromanty przeczytać, Mamoniowi pewnie nawet bardzo by się spodobała. 

ocena: 6/10.

M. Wells, Śmierci nekromanty, tłum. S. Twardo, wydawnictwo Mag, seria: Andrzej Sapkowski Przedstawia, Warszawa 2002, stron: 478.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz